New York, New York

BroadwayLato 1994, miasto Portsmouth na angielskim wybrzeżu, szkoła angielskiego dla młodzieży z całego świata: to moje pierwsze zagraniczne wakacje językowe i pierwszy z... prawie trzydziestu wyjazdów z „Małym Rynkiem". W czasie tych pobytów rodziły się i rozwijały moje wielkie fascynacje: językami obcymi i podróżami. Jako studentka jeździłam na angielski do Anglii, potem na hiszpański do Hiszpanii (w tym na kurs dla nauczycieli). Jako opiekunka grup – tzw. group leader – zwiedziłam z młodzieżą Anglię, Irlandię, Maltę. A w ubiegłym roku rozpoczęłam – rozpoczęliśmy – amerykańską przygodę, czyli... New York, New York! W lecie 2011, wraz z jedenastką ciekawych świata, pogodnych młodych ludzi, znaleźliśmy się – wszyscy po raz pierwszy w Nowym Jorku. I okazało się, że... to dużo bliżej, niż nam się wydawało.

Szkoła i kampus, w którym mieszkamy, znajduje się w Newark. W Ameryce odległości liczy się nie tyle w milach, co w ich dziesiątkach i setkach; nie tyle w czasie dojścia, ile w czasie dojazdu. Z Newark jest więc bardzo blisko na Manhattan: cała podróż zajmuje niewiele ponad kwadrans (przez większość czasu jedzie się pociągiem przez tunel pod rzeką Hudson). Od razu po przyjeździe moja młodzież zauważa, że „fajnie tu mówią po angielsku" – wszystko da się zrozumieć. To jedna z pierwszych rzeczy, które „wie się" o Ameryce, ale jakie to wspaniałe uczucie: nie tylko wiedzieć, ale wreszcie tego doświadczyć na własnej skórze. I rzeczywiście – Nowy Jork dostarczy nam więcej takich, naprawdę fascynujących, wrażeń.

Pobyt w amerykańskiej szkole dla młodzieży jest zorganizowany w podobny sposób, jak w większości tego typu szkół na całym świecie: lekcje odbywają się rano lub po południu, po cztery godziny dziennie, od poniedziałku do piątku.

A po lekcjach młodzież ma czas na eksplorację ciekawych miejsc, relaks w kinie lub teatrze (w Nowym Jorku najchętniej na musicalu), uprawianie sportów (w Ameryce każdy chętnie próbuje zagrać w baseball). Do tego w soboty i niedziele jeździmy na długie wycieczki: płyniemy w rejs po rzece Hudson, bawimy się w szukanie skarbu na dolnym Manhattanie – finansowym centrum świata, robimy pikniki i słuchamy koncertów w Central Parku...

Powiecie: no tak, zwiedzanie, spacery po Central Parku, plażowanie na Long Island, robienie zakupów, jedzenie w restauracjach i uczestniczenie w życiu nocnym Nowego Jorku – to fascynująca przygoda i doskonały pomysł na spędzenie wolnego czasu; ale nauka w wakacje???... A ja odpowiem: to też wspaniała przygoda! Zajęcia językowe w międzynarodowym towarzystwie nie mają nic wspólnego ani z nudną „szkółką", ani z „kuciem". Tu uczniowie są zanurzeni w języku, nauka odbywa się w jego naturalnym środowisku, wiedzę zdobywa się więc szybciej, a wszystkie sprawności językowe – czytanie, pisanie, słuchanie, mówienie – są przyswajane równocześnie. Uczniowie odkrywają świat, do którego kluczem jest język; nauczyciel jest przewodnikiem na tej drodze. Przykładem niech będzie taka lekcja: tematem jest imigracja, czytamy tekst o przybywaniu osadników europejskich do Nowego Jorku i ćwiczymy przy tym czas przeszły, potem oglądamy zdjęcia archiwalne i dyskutujemy o wizji Nowego Świata, z jaką przybywali imigranci, a po południu jedziemy na wycieczkę pod Statuę Wolności – czyli dokładnie tam, gdzie ci ludzie stawiali swoje pierwsze kroki w Ameryce!

Nowy Jork wydaje się daleki tylko wtedy, jeśli weźmiemy pod uwagę ilość kilometrów, które trzeba pokonać, by tam dojechać. Bo jakże bliski się okazuje, gdy wysiadamy po raz pierwszy na Grand Central Station, a wokół – rzeczywiście: na ulicach pełno żółtych, „kanciastych" taksówek; sześciopasmowe avenues biegną z południa na północ, a prostopadle do nich streets – ze wschodu na zachód; na każdym rogu stoją budki z gigantycznymi hot dogami; nikt nie czeka na zielone światło, by przejść przez ulicę; na Times Square szalony Elvis Presley gra i śpiewa u stóp oświetlonych neonami strzelistych budynków, na Broadwayu wciąż przebojem jest „Upiór w operze"!... Nasze dwa tygodnie w Nowym Jorku były dla wszystkich wielką przygodą oraz impulsem do odkrywania nowych zakątków świata. Większość z nas przekonała się, że Ameryka to nie tylko zakupy i McDonaldy, ale prawdziwe okno na świat. Dodam jeszcze tylko, że mnie ów wyjazd pozwolił odkryć nie jedną Amerykę, lecz dwie: z Nowego Jorku udałam się do Meksyku. Ale to już zupełnie inna historia... Zachęcam do odkrywania świata na własną rękę i zapraszam do lektury magazynu "Do It!".

Anna Daszkiewicz

Manhattan