Ani sweter, ani herbata, ani kaloryfer...

No i przyszła jesień. Coraz częściej będziemy teraz zostawać w domu. Czas zadbać o domową witrynkę, żeby przypadkiem nie dopadła nas znienacka nuda. Słuchawki na uszach i książka w ręce to najlepsza metoda na zbliżające się chłody.

Olga Tokarczuk - BieguniZapiski z życia wiecznych podróżnych
Olga Tokarczuk, w swojej ostatniej powieści zatytułowanej „Bieguni", postanowiła połączyć dwa żywioły: opowieść i nomadyzm. Podróż i literatura mają ze sobą wiele wspólnego. Jedna i druga nabierają znaczenia dzięki towarzyszącym im zachwytom i zaskoczeniom. Bez czasu nie istnieją, bezruch to ich zupełne przeciwieństwo. Możliwe nawet, że są esencją naszego życia. Przynoszą różnorodność doświadczeń i płynące z niej zrozumienie. W skomponowanej przez pisarkę mozaice krótkich notek, szkiców i opowiastek znajdziemy cały wachlarz przemyśleń na temat jednej z najbardziej emocjonujących ludzkich aktywności. Podróż to rozluźniający odpoczynek, ale i głęboki zew naszej natury, niechętnej stagnacji i powtarzalnym gestom codzienności. Czasami – jak w wypadku tytułowego plemienia – zamienia się w styl życia, jego sedno i cel. Koi jak powiew z okna pędzącego pociągu i niszczy jak rwąca rzeka. „Bieguni" to kolorowa plątanina anegdot i zaskakujących refleksji. Spotkanie z tą obfitą lekturą to czysta przyjemność obcowania z potoczystymi zdaniami, pełnymi oddechu i skupienia na szczególe. O efekcie poszukiwań Olgi Tokarczuk niech świadczy jej obecność wśród siedmiu finalistów zgłoszonych do nagrody Nike.

Mickey Spillane - Ja Jestem SademSamotny mściciel
„Ja jestem sądem" to debiut Mickeya Spillane'a, pioniera czarnego kryminału. Buńczuczne stwierdzenie z tytułu wiele mówi o bohaterze książki, Mike'u Hammerze, facecie zwalistym jak dąb i bezlitosnym niczym pradawni bogowie. Detektyw nie konsultuje swojego poczucia sprawiedliwości z nikim. Bije nawet kobiety, jeśli wymaga tego sytuacja. A tym razem, ktoś porządnie przesadził. Nie dość że jego najlepszego przyjaciela postrzelił w brzuch, to jeszcze przyglądał się bezczelnie jak ten wykrwawia się na śmierć. Książka została wydana po raz pierwszy w 1947 roku, ponoć powstała w 9 dni. Zyskała status bestsellera i zapoczątkowała serię trzynastu* powieści o gorzkich i samotnych zmaganiach Hammera. Analityczna skrupulatność pierwszoosobowej narracji idzie tu w parze z szorstkością opisu. Klasyk najczarniejszej odmiany gatunku. Ta pozycja to nie wyłącznie pojedynczy strzał. W przygotowaniu są kolejne tłumaczenia. Szykuje się prezentacja pomijanego w Polsce autora. Spillane zmarł dwa lata temu w pięknym wieku 88 lat, a teraz znalazło się wydawnictwo które „pomści" w Polsce ciszę wokół jego twórczości.
* Jeśli już wczuliśmy się w klimat, to zbadajmy najdrobniejsze nawet poszlaki. „Trzynaście" to także tytuł kryminału Marcina Świetlickiego. Tu głównym bohaterem jest zamieszkujący Mały Rynek (sic!) ekscentryczny i nieporadny detektyw o ksywce Mistrz.

Bon Iver - For Emma, Forever AgoZima potrafi być łaskawa
Zacznijmy od faktów. Bon Iver to nazwa projektu. Płyta nosi tytuł „For Emma, Forever Ago". Kim jest Emma? Nie do końca wiadomo. Justin Vernon, autor całego zamieszania, nie chce zdradzić prawdy. Wiadomo jednak, że zawarty na krążku materiał to pokłosie życiowych niepowodzeń artysty i daru wyciągania wniosków. Kiedy rozpadł się jego zespół DeYarmond Edison, Vernon na cztery zimowe miesiące zaszył się samotnie w Wisconsin, a ściślej mówiąc w wiejskiej chacie swojego ojca. Chciał odnaleźć wewnętrzny głos, który ostatecznie nabrał realnego kształtu i zabrzmiał falsetem. Miał się pozbierać i ukoić rozterki wywołane miejskim zgiełkiem. W efekcie przy pomocy podręcznego sprzętu nagraniowego, dwóch gitar i kilku innych instrumentów nagrał płytę o której rozpisują się po nocach autorzy muzycznych blogów – za dnia to samo czynią recenzenci poczytnych magazynów. Brzmi to jak bajka. Jednak każdy niedowiarek zmięknie pod wpływem zawartych w tym nagraniu melodii. Potencjał emocji ukrytych w balladowych perełkach nie mógł się zrodzić z chłodnej kalkulacji. Choć krajobraz był zimowy, czuć tu gorące zaśpiewy godne soulowych i gospelowych klasyków. Nie brakuje także ciszy, w której rodzą się pojedyncze dźwięki po to, by urosnąć do akustycznego zgiełku – polecam wyrafinowany „The Wolwes (Act I And II)". Prostota aranżacji podkreśla tylko siłę wyznań zaklętych w melancholijne wokalizy. Cóż, kto nie boi się przegrać, ten wygrywa. Artysta, pytany o to jak radzi sobie z burzą, która rozpętała się w Stanach wokół jego twórczości, nie popada w niepotrzebną skromność, tylko przyznaje, że czekał na ten moment długo i był już na niego gotów. Przyznaję, nie czekałem na tę płytę, sama mnie „dopadła". Jednak moje szczęście, że byłem na nią gotów, czego i Państwu życzę.

Maciej Kozłowski